8.3.09
나쁘 여자
Weźcie mnie całą, rozszarpcie i podzielcie między siebie. Moje migotliwe kubki kawy i te litery w sylabach wam nie znanych. Weźcie sen i szarą twarz bez powiek. Nie maluję już tej maski od dawna, od kiedy zabrano mi puder do twarzy, weźcie lusterko i konika z Dalarny, co jeszcze słabo trzyma się skóry na dłoni. Ten wyścig który prowadzimy zaczynam zostawiając was w tyle, choć już mnie doganiacie, już nie jest to mój płaszcz, tylko wasze lśniące włosy, tamta szmata walająca się po podłodze jest moją kurtką, a to, to jest moja czapka, przecież wasze włosy muszą lśnić na tle czegoś, czegoś inaczej brudnego i workowatego. Buty moje pokrywają się białym wzorkiem od wody, żeby wasze obcasy mogły zalotnie stukać po bruku ulicy. Kartka z trzema miejscowościami: Poznań, Londyn i Wrocław, ale chyba też już nie moja, odkąd litery wyblakły i znacie ich kształty. Weźcie moje zapalniczki i papierosy, trawę przygniećcie swoimi stopami i zastąpcie moją nieobecność wyścigami do kina i rozmowami przy ciastkach. Rzuć kostką i rozszarp moje milczenie talerzykiem i gumą do żucia, mlaskaniem i „ja”. Absurdalne – nienawiść do zaimka. Ja, ja, muszę, robię, chcę, widziałam, byłyśmy. Przecież to już nie są moje albumy, moje dźwięki w słuchawkach, nie są filmy na kiedyś, to jest już rozdane, rozrabowane, podzielone. O boże, o znowu, 1-2-3-uśmiech, Ji Hoo, co widzę – Taemin, ale to nie jest moje, ja tak tylko, bo wiem, że zniknie moja część w całości, że to wchłoniecie i przetrawicie, że więcej, więcej, chcę z ciebie czerpać, ale już nie mam siły, więc milczę, żebyście mnie zasypali, uklepali mi kopiec z waszych chusteczek, profesorów, zakupów, kluczy. Znikam, nie ma mnie w waszych świadomościach, kurczę się i nie wiadomo gdzie chodzę, kiedy się tak nagle zrywam z krzesła, co robiłaś, przecież nic, nie ma doktora Kim, bo w milczeniu nie istnieje przecież ta sylaba, jak wszystkie, którymi się dławię, choć przecież przełykam. Goya czy Dolna Wilda istnieje w niewyczerpanym chaosie doznań, ale skoro nie istnieje w moich ustach, nie ma mnie, nie ma, pod tą stertą gratów nie mam już głosu. Paradoksalnie, choć mnie zamurowujecie, zakopujecie, coraz bardziej w sobie gromadzę najcenniejsze skarby, których nie wydam waszym oddechom i szeptom, te nieprzespane noce i łzy w tramwaju, odwodnione koryto Malty czy moje szczypce Kraba. I widzisz, siedzimy przed tobą trzy: Agata, Kamila, Agnieszka i patrząc w oczy tej pierwszej mówisz moje imię, choć dobrze wiesz, że ona jest Zającem, a ja Krabem, dlaczego mylą ci się imiona, nie jesteśmy podobne, ani trochę. Patrząc w moją twarz, która może już nie jest twarzą, tylko szarą kartką papieru, na której nikt nic nie napisał, nazywasz to Kamilą, choć to przecież ja siedzę tutaj, na tym krzesełku naprzeciw ciebie i pocę się ze zdenerwowania, aż nadgarstki mam mokre. A może widzisz we mnie tę część wspólną z Kamilą, może miasto, z którego obydwie jesteśmy, albo wspólną klasę w gimnazjum, albo to, że to jest właśnie moje drugie imię, ale dlaczego, skoro zapominasz pierwsze. Może prócz tej wspólnej części nie ma nic innego, co by mnie odróżniało, wyróżniało, może mam tak samo wpółotwarte usta jak Agata i tak samo marszczy mi się nos przy uśmiechu, ale nie, bo ja widzę w lustrze jedynie kreskę niewiadomego pochodzenia na swoim, swoim nosie. Ile mnie jeszcze zostało w waszych pamięciach, ile słów i zdań pamiętacie ze mnie, czym się interesuję, jaką herbatę piję, kolor mojego ręcznika, może codziennie, kiedy otwieram drzwi i szukam ulubionych K8 lub K5 patrzycie na mnie zastanawiając się kim jest ta nowa, a przecież przychodzę do was bardzo często, niezauważalnie, dlaczego stawia mi opór, przecież jestem sam, dlaczego coś mnie blokuje, tak postanowiliśmy i mamy tylko 15 sekund, ale ja pamiętam wasze kroki, kolory oczodołów, sztuczne włosy. W waszych rozmowach jestem tą niewygodą, jakby ktoś nas obserwował, nasze słowa ważył i zachowywał, ten ruch powietrza, delikatne drganie. Znikam, coraz bardziej mnie nie ma. Zjada mnie od środka nieodłączny towarzysz dziecinnych samotnych zabaw. Jego ręce oplatają moje barki, gdzie mogły wyrosnąć skrzydła, ale on szepce usypiającym głosem zamilcz, nic nie mów, nie wygłupiaj się, kto chce słuchać twoich zachwytów Sufjanem, oni to wszystko po tobie rozszarpią, nadadzą bezzasadność twoim słowom. Oni znają już wszystko, jeszcze przed tobą poznali sinogramy, nikt nie chce wiedzieć, co myślisz o kształcie tej straszliwej litery – biały, ksero, przecież oni pamiętają, ich pamięć pochłania cię, przecież czujesz. On mówi stojąc za mną w jej kuchni: nie pytaj, nie opowiadaj, słuchaj, przecież ona potrzebuje, żebyś jej słuchała, jej miłość nie może istnieć bez twojej milczącej obecności, bez pytań pozbawionych dla ciebie wszelkich wartości, wytartych frazesów, musisz karmić jej nienasyconą radość, a wychodząc, może na schodach albo przy śmietniku przebijesz głosem zwartość ust i rzucisz od niechcenia problem, który w nocy nie dał ci najkrótszej minuty snu, może dostaniesz z jej nakarmionej, dobrze zachowanej świadomości kawałek, jakąś malutką kosteczkę, ochłap dla sparaliżowanej duszy, dla bezsenności, którą zsyłam ci coraz częściej, ja, twoje nieodłączne ograniczenie, budowniczy murów coraz ciaśniej oplatających twoją klatkę piersiową, każdy coraz bliżej, krawiec zszywający ci gardło, grabarz kopiący groby dla twoich zmęczonych zsiniałych pragnień, krytyk nie pozwalający ci na okazywanie uczuć, nie możesz dotykać, przecież śmieszne, że delikatnie chcesz musnąć palce z tą konkretną wymową, gesty też mają swój język, którego się nie uczysz, którego nie dam ci poznać, ograniczę cię, obuduję murem, palce nie czekają na twój ruch, leżą sobie ot tak na stoliku, ty, ty, nie możesz głowy oprzeć o czyjeś ramię, twoja głowa jest za lekka, powietrze szumiące między uszami w tym balonie, przecież nieistnienie jest takie ciężkie w bezsenności, ale tylko tam. Popatrz, czas upływa, a ja nadal stoję w tym samym miejscu na tamtym boisku sierpniową porą, nadal nie mogę się ruszyć i wiem, że się śmiejesz, a ja... tylko bardziej niż kiedykolwiek chcę, żebyś była. Nie mogę sobie tłumaczyć, że to z niewiedzy, że nie ruszam się, bo nikt mi nie powiedział jak, bo nie ćwiczę ruchów nóg. To żadne wytłumaczenie. To nie wasza wina, że ja nie wiem, pewnie ktoś coś kiedyś mówił, ale między uszami a mózgiem jest jakiś tunel, jakieś połączenie, pewnie tam coś weszło i choć ćwiczę ciało ostatnio codziennie, w środku, pod skórą stoi młodsza siostra mojej młodszej siostry i nie pozwala się sobie rozwinąć, nie wyciąga nibynóżek, ani dalej, ani bliżej, nie może, bo sama sobie krępuje ręce, imbunche, tylko mi pomóż, ktokolwiek, choć nie powiem ci, co mnie boli.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz