11.9.08
psy.
zapach jego szyi przywraca królestwo odkryć. Zwierzak ma supły na włosach i przez elastyczną koszulkę wystaje jej jedno biodro. furkoczące języki, zaczerwienione policzki, ręce zawieszone w próżni. Mistrz w kieracie bieli, czerni i czerwieni próbuje tłumaczyć "nowej" swoje skromne idee, ale to mnie przebiega po plecach dreszcz. plecy równolegle z deską, wspólny punkt z tyłu głowy. jestem krwinką w swoim udzie, brzuchu, w sercu. po południu powietrze pachnie jesienią, a może to tylko wymysł kataru mojego nosa. "Seaside" znowu jest pomarańczem i czernią, pierwszą nocą w nwym łóżku, obolałymi wargami i zdrapanym nosem. w parku składam po raz pierwszy hołd psom - zdetronizowanym królom, wiernym i rubasznym arystokratom. koty wyłaniają się jak prezydenci nowych republik; zawdzięczający pozycję swoim siłom. czy węgierskie psy ulegają ogólnonarodwej melancholii? Basen Karpacki uległ zromantyzowaniu wywołującym skurcz melancholii, to przecież jego subiektywne spojrzenie na kraj. Herman też jest zaślepiony. sobą, swoją twarzą i herezjami. łydki wciąż bolą, jeszcze od poniedziałku. moja szkoła założyła maskę bezpłciowych kolorów, ale we wnętrzu jest jeszcze ciemniej niż w podziemnym przejściu między osiedlami. wieczorem, koło kościoła, tuż pod okanmi plebanii kamienie są nadal zimne, choć trawa giętkością ogrzewa dłonie. pies nie ucieka z butelki i ona nawet trzyma żółtą różę, którą jej kupiłam (bo mi trzeba mówić co i jak). więc ona mówi: "jakaś sztywna jesteś, nic po tobie nie widać. więcej serca". dlaczego ja nigdy nie myślałam o przyprawach? śpię z rodziawioną paszczą i wlatuje we mnie mglista materia krążąca w niewidzialnych żyłach otoczenia. może zapach jego szyi był tylko pierwszym składnikiem, żeby znów się przebudzić. w wiecznej kałuży na podrówku mojej byłej kamienicy bawiły się trzy psy. dwa warczały na siebie dla zabawy, goniły swoje ogony. trzeci, większy, coś w rodzaju owczarka, z niewinnie zagubioną miną przyglądał się im z boku. kiedy tamte uciekły gonić się nawzajem, z nadzieją pobiegł za nimi. jestem tym psem, czyż nie? po żwirowej dróżce mężczyzna pcha wózek z oknami w drewnianych, pomalowanych na biało ramach. wygląda to jakby wiózł skrzydła anioła, albo samego anioła. miałam ochotę wejść do pokoju Kaśki (oczywiście w swoich kolorach: czarnym i czerwonym, w kolorach aglaji, z czerwonymi koralami albo wstążkami, nie pamiętam, co ta Rumunia spłodziła), zabrać jej rower spod okna i jeździć po mostach wieczorem, przy zachodzie słońca. skończyło się na smutnych oczach Eriki Marozsan śpiewających hymn samobójców. Bjork w wersji ostatecznej wszystko zmienia, Billie Holiday przeżywa naprawdę; w końcu ona wykonuje niezmiennie od lat najbardziej przejmującą piosenkę o rasizmie. chcę bardzo je zobaczyć, w końcu nabiorą ciągłości, staną się częścią całości, a nie tylko piętnastoma fotografiami. i wreszcie ktoś MI opowie o amoku, a może nawet usłyszę moje ulubione siedem: "na balkonie. dziesięć metrów nad asfaltem. Moje oczy gotowe na sen. Takie zmęczone. Spojrzenie na osiedle. W moich komórkach pali mróz. Skóra blada jeszcze w maju." Konrad został sam, bez niej. są z nim jego aparaty, zdjęcia, puste miejsce w łóżku. przy zasznurowanych wargach wyje do umywalki, ale ona nie wróci, już go nie kocha. został sam - czarny autorytet moich a. ambicji. nie wierzę, żeby Zwierzak był zepsuty, zmanierowany, palce ma takie delikatne. późno już, muszę leczyć gardło, żeby nie stracić głosu. czeka na mnie Herman. i kubek herbaty.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz