nie czułam nic, kiedy strzelałam sama.
to zaczyna się o wiele wcześniej, jeszcze w mieście, w którym się urodziłam. w powietrzu unosi się zapach minionych jesieni, w korytarzu tłoczno, jak w opowieściach z minionego wieku. koło dworca rozrasta się, kształtuje i nabiera wyrazistości. wreszcie jestem u siebie.
potem, na uliczce, wdycham zapach byłych pór roku. tylko lato nie ma zapachu.
pierwsza kula trafiła mnie w bark, kiedy klęcząc przesuwała opuszkami palców po bliznach. na nogach, na ramionach.
kolejna przeciekła przez żebra w chwili, kiedy miał ją pocałować.
Piękny strzał. Mój pierwszy. Dokładnie między oczy. Wszystko pamiętam.
po mojej śmierci boli mnie przepalony mózg. Mistrz krąży między górami, oddziela światło od ciemności, chłodnymi latarniami leczy moje rozgrzane czoło. w przystani wręcza mi gruszkę, ostatnią tego lata. ma słodki, wyrazisty smak. kot chowa się pod krzesłem, by zaatakować moje mokre nogawki. Syn Mistrza farbuje zdjęcia kawą. w radiu Stina mruczy "so this is goodbye"... zasypiam z dziurą w głowie po amoku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz