13.8.08
sierpień.
o czwartej budzi mnie szept mojego imienia. siostra stoi w drzwiach półmroku. drzwi trzaskają za ich stopami. samotność czerniejąca. zagłębiam się w rękawy i kaptur i jeszcze przed-wschodni podmuch gładzi twarz. chmury dywanem okrywają wierzchołki czarnych postrzępionych wahadeł drzew za murem. o tym, że są jabłka, dowiem się później. żarząc pierwsze pomarańczowe słońce dziękuję Mistrzowi za sierpień. nos zagłębia się w nadgarstkach i rzeczywiście, jest w tym obcy zapach. przed-wschód, ale jednak 12.08. na wschód. pachnie sztywno i mocno, tak jak wszystko stamtąd. może pokryci niewidzialnym zapachem, pyłem przyrodzonym poruszają się w głębinach. z nożami i kwiatami. dopiero teraz, w tej głuchej samotności i poruszaniu ciał jest miejsce na mitolgie. pisane okruchami bułki i niezmytymi naczyniami. zataczane słownymi pojedynkami i krzesłami, na których pali się pomarańczowe słońca z trzech odmian. ta może być pierwsza: ruch gwiazd za zasłoną dymną, puste półki lodówki i ta walka - zatrzymać zapach z rękawów, zapamiętać go i nie dać przesiąknąć pyłem własnego ruchu. a na wielki finał zapisać kanwę opowieści i wysłać ją w drogę powrotną. mówię poważnie: sentymetry i sentymenty. zajmuję się codziennością, jak widzisz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz