H. pod powiekami szepnął:
Nie wybiera się Julii. Nie wybiera się Beatrycze...
Po zachodzie Julia połyka promienie wschodniego słońca. Powierzchnia wody układa się pod delikatnym dotknięciem wiatru. Promienie nie zostają w niej. Wracają do mnie.
H. tłukł mi w głowę swój Paryż i swoją Argentynę. I wszystko było w porządku. Kiedy zasnął, gwiezdne jego ptaki w trzepocie skrzydeł przypomniały:
...Nie wybiera się deszczu, który na ciebie pada.
Pijąc z ostatniego kubka rozmętnioną skórkę cytryny odkrywam woń palonej drewnianej afrykańskiej maski i krystalizuje się to wszystko w świadomość, że Julia nie jest z mojej opowieści. To są te dalekie nibynóżki, może Goethe by się uśmiechnął na poświęcenia, na "na przekór". Julia nie jest stąd, te [jej] wszystkie bogactwa Wschodu i dziedzictwa Zachodu. Ale jest jakiś punkt, w którym krzyżują się trakty nakreślone językiem. Wiem jedynie, że Julii opowieść nie jest moją.
Dla mnie deszcz, którego nie wybieram, a który moczy rękawy i osadza się na włosach.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz