Biała alba toczy gwiezdne wojny. Limo, rosół, ciasto. Spokój przez korytarz. On na końcu. Samochodziki kolorów tęczy. Maksowi podoba się srebrny, sportowy. Jeremié szuka Imperatora. W jego szafkach szukam dziecięcej rozpaczy. Kartka w linie, atrament, łzy. Wzruszenie pustki. Zrozumiał. Lat 9. Wydech ulgi. Jednak tęskni. Babcia odgania od siebie włosy. „Widziałaś?” „Tak.” Łamie się i strzyka, głowa jej się rozpływa, rozmazuje, bełkot, PŁACZ! W środku siebie wstaję i ręką wymierzam jej siniaka policzka. Wychodzi. Rozluźniam pięści.
Cieszyć się, cieszyć się, cieszyć się! Hop hop hop! Gdzie Jola? Mogę? Klamka, mlecznobiałe drzwi. Wilgoć, zimno, cisza, sen. Pokój Emilki wessała śmierć. Na różowych zabawkach tańczy martwota. Jeszcze ciepłe kredki. Moje oczy wsysane gdy słyszę jej głos w oknach. Jestem ostatnią parasolką. Na jej grobie rośnie nasze drzewo. Z naszego domu. Byli wcześniej, widocznie przed albo po. Palą się znicze. Pada. Jego łzy wsiąkają w ziemię. On płacze, o trzy miesiące ze późno. Biały krzyż rwany przez wiatr. To przychodzi do mnie niespodziewanie, najczęściej w samotności. Brązowa przepaść, koryto ziemi. Woda kręcąca drogi w dół. Błoto błądzące niewidzialnymi strużkami. Biel jej posłania. Padlina, z jej twarzy - - - - co? CO? Jaki kolor rąk, jaka tęcza schowana pod ziemią? Jakie mięso, jakie włosy i paznokcie. Sukienka brudna od deszczu czy od łez. Kiedy widzę inne dziewczynki w sukienkach odwracam głowę. Makabryczna groteska wymiotów. Prowadź je, chłodzie, prowadź. Dżdżownice i ślimaki, rozdeptane kałuże. W domu po ciastach zostały tylko okruszki naszej milczącej rozpaczy.
Idąc zawsze ciągnę za sobą tysiące myśli na sekundę. Błysk monitora przywołuje pustkę. On musi poznać aglaję. Muszę się spieszyć. Pewnie nie, ale obiecaj. Wysuszone usta: obiecaj. Chcę leżeć w objęciach czerni i poddawać się jemu. Jego głosowi, jego histerii. Temu, że wie. Tęsknię, wiesz? Zawsze się tęskni do tego, co było. Lustra, mechanizmy ruchów. Wrócę do ciebie, jeśli dasz mi zostać aglają. Czarna sukienka, czerwone wstążki – Kasia. Dla niej kwitną zioła. Cyrk, lina, włosy. Jak spadanie ze schodów. Raz, dwa, trzy. Choćby coś. Choćby raz. Mistrz i uczennica.
Pozostaje jeszcze kwestia obrazu, dlaczego cisza i co tycjan, ale dajmy sobie spokój z chorą teorią na tematy ledwo – ołówkowo – widoczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz